Wszystko o co poprosimy z wiarą, że Pan Bóg może to zrobić i jeśli tylko jest to zgodne z Jego wolą – zrobi . Świadectwo

 
 
 

Zbliża się liturgiczne wspomnienie niezwykłego świętego, świętego Charbela. Pustelnika tak mało ciągle znanego w naszej Ojczyźnie, choć przyznam ,że ostatnie lata zmieniły ten obraz . Mam osobistą niezwykła relację do świętego Charbela, który opiekuje się nami o kilku lat. Wiemy i wierzymy ,że tak jest,że jest z nami nawet kiedy modlimy się podczas Mszy świętej w kaplicach. Postanowiłem przybliżyć Wam niezwykłe świadectwo , które odnalazłem pośród wielu innych. Przeczytajcie je i powiedzcie sobie samym w duchu, czy i Was nie dotknęło podobne działanie Bożej łaski w małych czy większych codziennych cudach.

Świadectwo

Chciałam być jak ta kobieta, która uczepiła się kawałka Jezusowego płaszcza, wierząc ze Ten ją uzdrowi. Chciałam, żeby moja wiara była tak malutka jak ziarnko gorczycy, bo tylko tyle wystarczy aby przenosić góry. Malutka jak ziarnko gorczycy, szczera i dziecięca.

 

Św. Faustyna miała rację – wszystko o co poprosimy z wiarą, że Pan Bóg może to zrobić i jeśli tylko jest to zgodne z Jego wolą – zrobi. Moim żarliwie, gorliwie, nieustępliwie wymodlonym cudem są moje dzieci.

Ciąża była ciągłym pasmem stresu o ich życie. Już nawet nie zdrowie, a życie. W każdej minucie trwającej 34 tygodnie ciąży bliźniaczej, moje dzieci mogły ode mnie odejść… Myśl o tym była dla mnie nie do zniesienia. Nie wyobrażałam sobie takiej sytuacji, że mogłoby ich przy mnie nie być, bo pokochałam je od pierwszej chwili kiedy dowiedziałam się, że żyją we mnie, pod moim sercem.

W szpitalach spędziłam łącznie 1,5 miesiąca. Cała ciążę leżałam w łóżku ,mogąc tylko wstawać na kilka chwil codziennej toalety.

Niestety nie była to gwarancja tego, że donoszę moje dzieci do bezpiecznego terminu porodu. Leżałam i drżałam. Mając dużo czasu i jeszcze więcej problemów z donoszeniem ciąży, myślałam o możliwych scenariuszach.

Pierwszy z nich próbował podsunąć mi lekarz w pierwszym szpitalu, kiedy idąc w moim kierunku, aby mnie przebadać w związku z dolegliwością zagrażającą ciąży, rozmawiał z położną na temat zabiegu (tj. aborcji), który prawdopodobnie trzeba będzie u mnie przeprowadzić. Nie znając mojego przypadku, nie badając, tak po prostu. Tkanek poronnych u mnie nie znalazł, ale cały czas podejrzewał, że ciąża obumiera, tak jak zresztą mi na odchodne powiedział: “ciąża się psuje”. W efekcie zabroniłam mu mnie w ogóle dotykać!

Drugi lekarz uświadomił mnie, że na niewiele mam wpływ. Mogę tylko leżeć i czekać na rozwój sytuacji. Owszem leżałam, ale nie czekałam z założonymi rękoma. Musiałam zrobić wszystko co w mojej mocy, żeby urodzić moich kochanych synków. A ponieważ faktem było, że w mojej mocy nie było wiele możliwości, powierzyłam się i moje dzieci mocy Najwyższego.

To nie mogło się nie udać! Sytuacja była naprawdę poważna, więc kto jak kto, ale św. Rita, nie mogła zawieść. Czuję, że była ona główną patronką mojej ciąży, co nie oznacza, że ograniczałam się w modlitwie tylko do jej wstawiennictwa. Św. Charbel i jego nowenna były wielkim wsparciem w tym trudnym dla mnie czasie.

Zresztą, zgodnie z moimi licznymi prośbami, modlitwy o szczęśliwy poród moich dzieci, odmawiało także wiele osób: księża, grupy charyzmatyczne, przyjaciele, rodzina, wiele nawet nieznanych mi (osobiście) osób.

Miałam wiele chwil załamania, jak np. wtedy, kiedy w 24. tygodniu ciąży okazało się, że moje ciało szykuje się do porodu. Lekarz określił sytuację jako bardzo ciężką. Razem z mężem cieszyliśmy się ze to już 24 tydzień i wreszcie nasze dzieci dostały szansę na przeżycie. To ta słynna granica przeżywalności. Wcześniej przed 24 tygodniem mamy do czynienia z poronieniem, teraz awansowaliśmy i mogliśmy w ogóle mówić o porodzie.

Skrajnie przedwczesnym i wiążącym się najczęściej z bardzo poważnym stanem zdrowia rodzących się dzieci, zakładając, że w ogóle przeżyją poród. Dla uzasadnienia wydarzającego się w moim życiu cudu, wprowadzę kilka terminów i faktów medycznych, które zaistniały właśnie w okolicy 24. tygodnia i do 10 tygodni później, kiedy to szczęśliwie i zdrowo urodzili się moi synowie.

Pisząc, że moje ciało przygotowuje się do porodu, miałam na myśli fakt, że stwierdzone zostało rozwarcie na 2,5 cm. Jest to sygnał, że rozpoczyna się poród. Dostałam wiele lekarstw powstrzymujących dalszy rozwój akcji porodowej. Każdy miniony dzień, każda miniona minuta w “trójpaku” była dla mnie sukcesem i szczęściem, ze jeszcze jesteśmy wszyscy razem, ze dzieci są w miejscu, gdzie na tym etapie jest im najlepiej.

Po trzech tygodniach postanowiono zrobić kontrolne USG szyjki macicy i oceny jej stanu (m.in. rozwarcia). Okazało się, że stała się rzecz niemożliwa z punktu widzenia medycyny, otóż szyjka zaczęła się zamykać. Po kolejnych dwóch tygodniach szyjka była całkowicie zamknięta, kiedy to już fizjologiczne powinna się delikatnie rozwierać na tym etapie, szczególnie w ciąży bliźniaczej.

Szyjka raz rozwarta w ciąży będzie się rozwierać dalej, ewentualnie proces ten może nie postępować, ale pewne jest, że nie może wrócić do stanu sprzed rozwarcia – co właśnie u mnie nastąpiło. W przeświadczeniu i odczuciu wszystkich moich bliskich i mnie samej, to było dotknięcie Boga, znak i dowód Jego miłosiernego gestu, interwencji, wkroczenia w nasze życie i konkretnie tę sprawę, którą już od początku Mu powierzyłam.

Mimo ogromnego lęku, który zdeterminował moje życie, nieustępliwie wierzyłam, pomimo złych prognoz lekarskich, że jeśli taka jest wola Boga to te dzieci się urodzą, choćby cudem. Tylko On jest dawcą życia lub śmierci i tylko On decyduje, a żadna ludzka, lekarska diagnoza nie ma takiej mocy.

Od tamtego momentu borykaliśmy się z wieloma problemami zdrowotnymi, brałam garści tabletek i oczywiście leżałam dalej w łóżku, stresując się, ale byłam pewna że jeśli Bóg zechce to nas uratuje od wszelkiego zła. Bardzo często i szczerze go o to prosiłam.

Chciałam być jak ta kobieta, która uczepiła się kawałka Jezusowego płaszcza, wierząc ze Ten ją uzdrowi. Chciałam, żeby moja wiara była tak malutka jak ziarnko gorczycy, bo tylko tyle wystarczy aby przenosić góry. Malutka jak ziarnko gorczycy, szczera i dziecięca.

Zawierzyłam do końca, na ślepo, bez kalkulacji, bez zastanawiania się, a co jak to nie pomoże, po prostu uczepiłam się kawałka Jego płaszcza i uparcie trzymałam. A On mnie uzdrowił. Dał mi zdrowych, pogodnych i cudownych synków, których ogromnie kocham.

Bogu niech będą dzięki i chwała na wieki!

 

Facebooktwitteryoutubeinstagram
Facebooktwitter

Leave a reply

Your email address will not be published.