Zdjęcie stroju duchownego to to samo, co usunięcie krzyża przydrożnego, aby już nie przypominał Boga.

Ilekroć otwieram głowę, by uporządkować sobie ten temat, tylekroć dostrzegam w niej mętlik, feerię splątanych myśli i uczuć. Zrozumienie dla normalności i wyrozumiałość miesza mi się z naturalnym odruchem sprzeciwu.

Parę lat temu jechałem samochodem z pewnym diakonem. Problem w tym, że w prowadzeniu pojazdu był równie dobry jak ja w odchudzaniu. Świeżak kompletny, ale uspokajałem go. Droga prosta, znałem trasę. Kłopoty zaczęły się, gdy pomylił skręt, więc trzeba było zacząć kombinować. Zaufanie do mnie wyłączyło mu opcję samodzielnego myślenia. Pomijając nieistotne szczegóły: informację, którędy będziemy jechać przyjął jako komendę do natychmiastowego wykonania i wyjechał w poprzek drogi. Kierowca z naszej lewej strony cudem wyhamował i zaczął wydobywać nieznane mu dotąd rejestry ze swojego klaksonu, żywo gestykulując i nie szczędząc niewybrednych, choć ledwo słyszalnych słów.

Pierwszą reakcją diakona nie była jednak natychmiastowa naprawa błędu, ale wyciągnięcie koloratki spod kołnierza i schowanie do kieszeni. A przecież Bóg właśnie cudem uratował nam życie! Pamiętam ten obraz jako szczególnie smutny, choć przecież wyszedłem bez szwanku z ciemnej doliny.

Jakiś czas temu głośna była w Internecie historia ks. Adama – kapłana bardzo przywiązanego do swojej sutanny, który nie ściągnął jej nawet podczas maratonu. Na czternastym kilometrze biegu jeden z zawodników przed księdzem zasłabł. Ratownicy rozpoczęli walkę o jego życie, uczestnicy zaś – zapewne zdziwieni widokiem – zaczęli wołać nadbiegającego z oddali duchownego. Zdążył przed śmiercią zawodnika, aby udzielić absolucji. Jak sam pisze: Opatrzność.

Dlaczego uczestnicy byli zdziwieni takim widokiem? Fakt, przypięty do sutanny numerek startowy to dość dziwne połączenie, ale ona szokowała już bez dodatków. Jeszcze niedawno tak zwyczajna, dziś pełni funkcję cyrkowej atrakcji. Częściej niż na ulicach czy – o zgrozo! – przy parafiach widać ją jako obiekt kabaretowych drwin lub okładkowy synonim zgorszenia medialnych detektywów – strażników moralności.

A jednak dla mnie, , rezygnacja z rozpoznawalności jaką daje zwykła koloratka jest zaniedbaniem, które może mieć poważne konsekwencje. To znaczne ograniczenie szansy na zmianę czyjegoś życia. Jest rezygnacją z bycia bohaterem, kimś więcej, niż księdzem Janem Kowalskim. Wyzbycie się anonimowości poprzez noszenie sutanny równa się nieustannemu narażaniu się na przygody dostępne tylko dla wybranych. Bóg zarezerwował najszlachetniejsze znaki niebieskiego dobra dla swoich emisariuszy, bo oni sami są znakami. A jak pisał Prymas Wyszyński: Zdjęcie stroju duchownego to to samo, co usunięcie krzyża przydrożnego, aby już nie przypominał Boga.

Czyżby się bali? Wskazywanie na Boga nigdy nie było rzeczą najłatwiejszą, a z wieku na wiek pewnie jest trudniej, ale cóż innego stanowi esencję kapłaństwa, jeśli nie ten krzyż? Poza tym ilekroć słyszę o strachu, widzę w myślach zaczepiane co krok, często zniedołężniałe, starsze zakonnice w naszych autobusach, tramwajach, na ulicach, w urzędach…

Zresztą, z własnego doświadczenia znam tylko jedną prawidłowość: nigdy nie spotkałem złego duszpasterza noszącego koloratkę wszędzie. Z księżmi dającymi świadectwo reglamentowane – koloratka i sutanna dla wybranych – bywało różnie.

Z ciężkim sercem się myśli, że jeszcze niedawno zwrot zrzucił sutannę oznaczał odejście z kapłaństwa. Dziś to synonim nowej ewangelizacji, bycia bliżej ludzi, zmniejszania dystansu… Chyba nie tędy droga.

Świadectwo

Facebooktwitteryoutubeinstagram
Facebooktwitter

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.