Czy Bóg karze nas za grzechy już w życiu doczesnym?

„Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który za dobre wynagradza, a za złe karze” – jak to dobrze rozumieć tę prawdę wiary ?

Dojrzałe chrześcijaństwo nie powinno powielać błędów wierzeń pogańskich, opierających się na strachu przed gniewem despotycznego bóstwa. Tragedie życiowe to nie bezwzględna zemsta za nasze grzechy, ale okazja do trudnego nieraz i bolesnego zaufania Bogu.

„Bóg cię pokarał”

Większość z nas słyszała zapewne frazę „Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który za dobre wynagradza, a za złe karze”. Historycy Kościoła sugerują, że może ona pochodzić z jednego z katechizmów ludowych, powstałych na obszarze niemieckojęzycznym blisko 200 lat temu.

Znamy również szereg innych powiedzeń, które wydają się twórczym rozwinięciem takiej tezy. Wiele z nich przeszło do języka potocznego i oderwało się już od pierwotnego znaczenia religijnego. „Skaranie boskie z tym zajęciem”, „Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie”, „widzisz – Bóg cię pokarał”  etc.

Niezależnie od szczegółowego kontekstu w którym się pojawiają, wszystkie one sugerują pewnego rodzaju automatyzm w działaniu Boga. Wskazują, że widząc nasze błędy i przewinienia, Stwórca konsekwentnie odpowiada na nie szerokim wachlarzem odczuwalnych na naszej skórze sankcji i kar. Niczym potężny władca, dowódca wojskowy, srogi rodzic lub przełożony, widząc łamany przez nas regulamin życia, podejmuje regularne działania dyscyplinujące.

Czy taka wizja Boga i relacji z nim jest rzeczywiście chrześcijańska? A może to fałszywy stereotyp zbudowany przez nasz aparat pojęciowy, przyzwyczajony do postrzegania świata w systemie doraźnych kar i nagród? Albo mówiąc jeszcze inaczej, efekt konstrukcji ludzkiego umysłu, opisującego rzeczywistość za pomocą prostych par pojęć: akcji – reakcji, zła-zemsty, długu – odpłaty?

Odpowiedź na powyższe pytania nie jest łatwa i przez wieki rozpalała serca i umysły wielu teologów. W jej udzieleniu z pomocą przychodzi Ewangelia i nauka Ojców Kościoła.

Odwieczny dylemat

Wspólną cechą większości wierzeń przedchrześcijańskich jest postrzeganie relacji człowieka z siłami nadprzyrodzonymi jako więzi opartej na lęku. Istotą ludzkich działań jest przede wszystkim zapewnienie sobie życzliwości bóstwa i odwrócenie jego możliwego gniewu.

Najczęściej dzieje się to za pomocą określonej sekwencji działań: składania ofiar, obchodzenia cyklicznych rytuałów obrzędowych, często powiązanych z naturalną aktywnością przyrody. To właśnie w naturze przejawia się niezadowolenie bóstwa: gwałtowne zjawiska atmosferyczne i pogodowe, nie mówiąc już o poważniejszych kataklizmach – to proste sygnały ostrzegawcze dla ludzi, a czasem wprost – kary za ich przewinienia. Ten, kto przez szereg skomplikowanych czynności zabezpieczył się przed taką karą, mógł liczyć na ocalenie lub lepsze względy u sił wyższych.

Myślenie chrześcijańskie niewątpliwie zerwało z tego rodzaju magicznym postrzeganiem rzeczywistości. W jego centrum znalazł się Syn Boży, który przyjął postać człowieka, aby odmienić naszą niedoskonałą naturę i doprowadzić do zbawienia. Misja Chrystusa to nie posłannictwo surowego mściciela, który bezwzględnie niszczy swoich rywali, ale orędzie nawrócenia, danie szansy nawet największemu i straconemu już w oczach ludzkich złoczyńcy.

Niemniej, w świecie wciąż mamy do czynienia ze złem, nieszczęściami, tragediami i trudnościami. Gdy się pojawiają, najczęściej nagle i niespodziewanie, słusznie stawiamy szereg pytań, zaczynających się od słowa „dlaczego”?

Tym pytaniom towarzyszy najczęściej drugi element – próbujemy dociec, z jakiego powodu dotknęły one właśnie nas lub naszych najbliższych. W Księdze Psalmów natchniony autor wielokrotnie zwraca się z wyrzutem do Boga, dlaczego tragedie dotykają sprawiedliwych, a grzesznikom wiedzie się całkiem dobrze. „Zazdrościłem bowiem niegodziwym widząc pomyślność grzeszników. Bo dla nich nie ma żadnych cierpień, ich ciało jest zdrowe, tłuste. Nie doznają ludzkich utrapień ani z [innymi] ludźmi nie cierpią” – słyszymy gorzkie słowa Psalmu 73.

Uniwersalne doświadczenie

Odwieczny problem sensu cierpienia nurtuje również uczniów Chrystusa. Na początku 9. rozdziału Ewangelii św. Jana kierują do Mistrza proste pytanie, czy nieszczęścia w naszym życiu to kara Boża:

„Przechodząc obok ujrzał pewnego człowieka, niewidomego od urodzenia. Uczniowie Jego zadali Mu pytanie: «Rabbi, kto zgrzeszył, że się urodził niewidomym – on czy jego rodzice?” Jezus odpowiada równie zwięźle i kategorycznie: „Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale [stało się tak], aby się na nim objawiły sprawy Boże”.

W dominującej w Izraelu mentalności wszelkie przewlekłe choroby przypadłości lub defekty natury traktowane były jako widoczny skutek kary Bożej. Nie tylko zresztą kary wobec osoby nimi dotkniętej, ale również – za występki jej przodków.

Stwierdzenie Chrystusa jest więc rewolucyjne. Zrywa z wizją surowego, bezwzględnego Boga twardą ręką karzącego człowieka cierpieniem. Pokazuje, że ból i nieszczęście, mimo ich obiektywnie negatywnego wpływu na ludzi, mogą stać się również elementem rozpoczęcia nowego życia, odmienionego przez łaskę nadprzyrodzoną.

Jeszcze w innym miejscu Ewangelii Chrystus równie dobitnie podtrzymuje taką wykładnię, odnosząc się do dwóch głośnych w jego czasach tragicznych wydarzeń: zabójstwa grupy Galilejczyków z rozkazu Poncjusza Piłata oraz zawalenia się wieży w miejscowości Siloam.

„Albo myślicie, że owych osiemnastu, na których zwaliła się wieża w Siloam i zabiła ich, było większymi winowajcami niż inni mieszkańcy Jerozolimy? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie” (rozdz. 13, 4).

Zbawiciel uzupełnia jednak w tym miejscu przesłanie groźnie brzmiącym stwierdzeniem o zgubie w przypadku braku nawrócenia. Widać jednak, że nie chodzi tutaj o karę doczesną za doraźne grzechy, ale karę po pewnym, nawet odległym czasie. Spowodowaną nie tyle samym grzechem, co brakiem chęci pokuty i nawrócenia.

Słowa Jezusa są zbieżne z naszym codziennym doświadczeniem. Nieszczęścia i tragedie dotykają w zasadzie w równym stopniu osoby wierzące, prowadzące głębokie życie duchowe, jak i ludzi słabszej wiary, a nawet zupełnie jej pozbawionych. Dotyczy to zresztą nie tylko jednostek, ale całych narodów.

Dzieje świata pokazują, że społeczności niechrześcijańskie lub zlaicyzowane nie są w większym stopniu nękane nieszczęściami, kataklizmami i klęskami, niż cechujące się wysoką religijnością i obecnością wiary w życiu publicznym.

Błędne wyobrażenia

Cierpienie dotyka nas więc w sposób uniwersalny. Jeżeli jednak wiara i bliska relacja z Bogiem miałaby opierać się jedynie na strachu przed doczesną „karą”, jakość tej wiary byłaby słaba. Można sobie co prawda wyobrazić sytuację, że gdyby Bóg automatycznie i szybko karał wszystkich nieszczęściami za ich grzechy, ilość zła na świecie mogłaby ulec radykalnemu zmniejszeniu.

Z drugiej jednak strony, tego rodzaju związek ludzkości z Bogiem przypominałby relację pana z niewolnikami, a nie postawę miłosiernego Ojca, kochającego wszystkie swoje dzieci.

Często jest również tak, że w momencie, gdy doświadczamy różnorakich nieszczęść, odzywają się w nas równolegle wyrzuty sumienia. Popełniliśmy na przykład poważny grzech i zbieg okoliczności sprawił, że w bliskim czasie doświadczyliśmy jakiegoś zła. Wówczas bardzo łatwo jest nam zinterpretować owo zło jako karę Bożą.

Ojcowie Kościoła uczą nas jednak, aby wówczas nie zatrzymywać się na dociekaniu źródeł takiej kary, ale po prostu zdać się na Boga. Zaufać Mu, żałować za grzechy i prosić o łaskę przemiany życia. Mówiąc bardziej współczesnym językiem: warto uświadomić sobie, że nasza relacja z Bogiem to nie ring bokserski, gdzie za nasze mniejsze lub większe przewinienia Stwórca wyprowadza w naszą stronę nokautujące ciosy.

Bóg to nie twardy napastnik dążący do szybkiego rozłożenia nas na łopatki, ale kochający ojciec z przypowieści o synu marnotrawnym, codziennie wychodzący na bezdroża życia i oczekujący nas z otwartymi ramionami. 

Odpowiedź Ojców Kościoła

W refleksji nad problemem obecności w naszym życiu nieszczęść warto zauważyć jeszcze jedną, kapitalną kwestię. To, dlaczego takie zjawiska dotykają konkretne osoby,  pozostaje w dużej mierze nieodgadnioną tajemnicą. Możemy oczywiście w sposób logiczny wyjaśniać, co jest przyczyną niektórych z nich (jazda samochodem niezgodnie z przepisami spowodowała ciężki wypadek, niedbałość budowniczych skutkowała zawaleniem budynku).

Wielu wydarzeń jednak nie wytłumaczymy. Na nieuleczalne choroby zapadają w pełni sił dorośli, jak i niemowlęta. Cierpią biedni i bogaci, wykształceni i analfabeci. Statystyka i logika nie są w stanie tego wyjaśnić.

Święty Grzegorz z Nyssy, wybitny Ojciec Kościoła napisał pod koniec IV w. p. Chr. traktat „O dzieciach przedwcześnie zmarłych”. Stworzył go dla swojego przyjaciela pełniącego prestiżową funkcję prefekta jednej z cesarskich prowincji. Jak głosi legenda, urzędnik ten stracił swoje małe dziecko i przez długi czas nie mógł pogodzić się z tragedią. Pytał z wyrzutem, za jakie przewinienia spotkało go tak straszne doświadczenie.

 Św. Grzegorz na samym początku zauważył, że duchowni powinni z wielką ostrożnością interpretować takie wydarzenia. Nie tylko po to, aby szanować ból rodziców, ale także dlatego, że wszelkie rozważania na ten temat będą tylko niedoskonałą próbą wyjaśnienia cierpienia.

Grzegorz zwraca uwagę, że ludzki umysł nie jest w stanie całościowo wyjaśnić sensu tragicznych wydarzeń. Człowiek przeżywający tragedię powinien zdać się po prostu na wolę Bożą, bo w jej planach być może odejście tak małego dziecka do wieczności ma sens, którego nie jesteśmy w stanie pojąć w doczesności.

Inaczej tłumaczył ten problem św. Bazyli Wielki. Zwracał uwagę, że zło nie zostało stworzone przez Boga, ale jest wynikiem kondycji człowieka po upadku Prarodziców w raju. Stąd nieszczęścia to stały element naszej kondycji, ale jednocześnie – Bóg nie chce, aby nas dotykały. Posyła na naszą drogę ludzi i wydarzenia, w których możemy doświadczyć ludzkiej miłości, pomocy i wsparcia i dzięki nim, ponownie zaufali Stwórcy.

Ciekawą perspektywę poradzenia sobie z problemem nieszczęścia zaproponował  św. Jan Chryzostom. Kaznodzieja z Antiochii i późniejszy biskup Konstantynopola cechował się dobrym wyczuciem ludzkiej psychologii. Podkreślał, że często początkiem naszych ciężkich doświadczeń, frustracji i traum jest nie Boża kara, ale szkodliwe porównywanie się z innymi, które jest otwarciem wrót zazdrości, a później zawiści i nienawiści.

Zazwyczaj patrzymy na innych powierzchownie: widzimy ich fizyczną urodę i atrakcyjność, bogactwo materialne i pozycję społeczną. Jesteśmy przekonani, że jest nam gorzej niż im, przeżywamy dużo poważniejsze problemy, mieliśmy bardziej trudne i bolesne życie. Często przypisujemy im grzechy i występki poważniejsze od naszych, obwiniamy też za większość naszych problemów.

Tymczasem, takie płytkie spojrzenie z oddali bywa mylne – bliźni, któremu zazdrościmy powodzenia, w rzeczywistości może mieć również bardzo poważne kłopoty i doświadczać szeregu niedostrzegalnych przez nas cierpień. Samo bogactwo lub brak większych nieszczęść nie jest wynikiem szczególnej Bożej nagrody za naszą dobroć, tak samo jak tragedie i kłopoty – sygnałem Bożego gniewu.

Wszyscy trzej Ojcowie Kościoła patrząc z różnej strony na problem ludzkich nieszczęść zgadzali się w jednym. Cierpienia człowieka to nie dowód Bożego odwetu za nasze grzechy, a okazja do doświadczenia Jego bezwarunkowej miłości potrafiącej przemienić każde zło.

Podziel się ...

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*