• Słowo Pana na nadchodzący tydzień

    • “I owszem, nawet wszystko uznaję za stratę ze względu na najwyższą wartość poznania Chrystusa Jezusa, Pana mojego. Dla Niego wyzułem się ze wszystkiego i uznaję to za śmieci, bylebym pozyskał Chrystusa.” (Flp 3,8)

Moment, w którym życie chrześcijan zmienia się diametralnie.

 
 
 

Św. Benedykt nazwał klasztor szkołą służby Pańskiej. I niewątpliwie jest to jakaś szkoła, tylko że w bardzo istotnym aspekcie niepodobna do innych. W normalnej szkole uczeń zdobywa pewne wiadomości i sprawności, i widzi, że je zdobywa.Kiedy już umie dodawać i odejmować (i wie, że umie), to uczy się tabliczki mnożenia. Sam widzi, jak mu tego wszystkiego przybywa. A w klasztorze jest dokładnie odwrotnie. Człowiek wstępując był przekonany, że jest z natury spokojny i zrównoważony, a w klasztorze łapie się na tym, że krzyczy w poduszkę (i jeszcze dobrze, jeśli tylko w poduszkę). Myślał, że jest wesoły, niezależny i wolny od względów ludzkich, a w klasztorze znajduje w sobie ogromną potrzebę ludzkiej aprobaty i zazdrości o aprobatę okazywaną innym. Myślał, że nie przejmuje się byle czym, a tu od jednego niemiłego słówka już się zapłakuje i rozczula nad sobą. Inaczej mówiąc, zamiast doświadczać, że staje się coraz lepszy i mądrzejszy, doświadcza przeciwnie, że robi się coraz gorszy. (Pamiętam, jak sama w nowicjacie myślałam, że to całe szczęście, że kontakt ze światem zewnętrznym jest tak ograniczony, bo przynajmniej moi znajomi zapamiętają mnie taką, jaka byłam wśród nich, a nie taką, jaka się “tutaj” zrobiłam…)

No i wysnuwa się z tego wniosek: Ja nigdy taki nie byłem, to tu mnie takim zrobili! To “oni” są temu winni!A winna jest pomyłka. Mówiąc obrazowo, myślał, że idzie na szczyty, gdzie sam blask, a oddech szeroki i łatwy – a znalazł się w komorze ciśnień, gdzie mu wciąż dodają atmosfer. Pod tym ciśnieniem wyłazi z niego to wszystko, co w nim naprawdę siedzi i zawsze siedziało, tylko ani on, ani inni o tym nie wiedzieli, bo było dobrze schowane. Ale było tam w środku, a teraz się tylko ujawnia.

 

I biedny nowicjusz ma wybór: zaakceptować prawdę o sobie (a przynajmniej ten jej kawałeczek, który mu już pozwolono zobaczyć) jako punkt wyjścia do dalszej drogi – albo nie zaakceptować, duchowo pozostać w miejscu, a z klasztoru wiać, co sił w nogach. To dlatego abba Teodor mówił, że nie wtedy należy się dziwić, kiedy ktoś z pustyni odchodzi, ale wtedy, kiedy ktoś jednak zostaje. (Oczywiście są i tacy, którzy nie akceptują prawdy o sobie, a jednak w klasztorze zostają; są tam potem przez całe życie zawodowymi poszukiwaczami cudzych win.)Dobrze jest w takiej sytuacji przypomnieć sobie słowa Pana Jezusa o tym, że prawda wyzwala. Jeśli się ją uznaje i w razie potrzeby wyznaje, nie mamy już pokusy, żeby tracić mnóstwo czasu, uwagi i nerwów na staranne konstruowanie całych gmachów swojej ułudy, na uczenie się na pamięć wszystkich argumentów, dowodzących, że winni są inni… Dobra rada, którą przekazują sobie od początku pokolenia mnichów, brzmi: ilekroć złapiesz się na takim budowaniu argumentów, uderz się w piersi.

Umysł trudno od takich myśli odczepić, więc niech przynajmniej gest ręki będzie jakimś początkiem twojego nawrócenia. Nic nas tak nie wyzwala, jak jedno krótkie: “Moja wina!”.

Ojcowie uważali branie winy na siebie za jedną z podstawowych cnót mnicha. Nie w tym sensie, aby kłamliwie podstawiał się jako rzekomy winowajca, kiedy opat szuka sprawcy jakiejś szkody; ale w tym, żeby stale przeciwstawiał się tym swoim myślom, które jego samego wybielają, a oczerniają innych. (A jeśli to on właśnie zrobił tę szkodę, w tym jego wyzwolenie, że się zgodnie z prawdą przyzna i poniesie konsekwencje.)

Spokojną akceptację własnej słabości nazywamy pokorą. Łatwo w takim razie zrozumieć, dlaczego św. Benedykt właśnie pokorę omawia tak szczegółowo, jak żadną inną cnotę, wyliczając wszelkie jej przejawy i zastosowania.

Leave a reply

Your email address will not be published.