Mamo, kiedy pomyślę, ile Jezus wycierpiał na krzyżu, moje cierpienie wydaje mi się niczym”.

Oto wzruszająca opowieść włoskiej mamy o chorobie jej synka, który zmarł na raka, ale był szczęśliwy, że odszedł z „Drogą Matką Bożą”, która towarzyszyła mu do końca.

Antonio Terranova urodził się w 2004 roku w Palermo we Włoszech. Odszedł 23 lutego 2013 roku. Miał tylko 8 lat. Można powiedzieć, że w dniu jego urodzin Jezus zstąpił z nieba. Był dzieckiem zdrowym i żywym, o blond włosach i niebieskich oczach, które w miarę jak rósł stawały się bardziej zielone. Był inteligentny i bardzo sympatyczny. Jako małe dziecko interesował się innymi dziećmi, zwłaszcza tymi najbardziej nieszczęśliwymi.

Każdego ranka przed pójściem do szkoły sprawdzał, czy ma dodatkową kanapkę, by móc podzielić się nią, jeśli któreś z dzieci będzie potrzebowało. Podczas lekcji informatyki i angielskiego profesorowie sadzali go obok Alicji albo Enrico, dwojga dzieci, które miały problemy w szkole, nie radziły sobie z komputerami, ciągle coś psuły i czasem nie nadążały. Cierpliwie i delikatnie wyjaśniał im wszystko, poprawiał tak, by nauczyciel niczego nie zauważył.

21 maja 2011 roku okazało się, że Antonio wymaga przeszczepu wątroby. Zdiagnozowano u niego guz wielkości 10 cm, który uniemożliwiał normalne życie. Zaczęła się długa seria badań i pobyty w szpitalu.

Od początku lekarze byli pesymistami. Do tego stopnia, że nie chcieli wpisać go na listę oczekujących na przeszczep. Byliśmy zrozpaczeni, ale natychmiast zaczęliśmy się modlić. Modliliśmy się dzień i noc. Tworzył się łańcuch modlitw i postów, dołączało do niego wiele osób. To było niewiarygodne.

W centrum przeszczepów nauczyliśmy się koronki do Bożego Miłosierdzia, której nigdy potem nie opuszczaliśmy. Każdego popołudnia schodziliśmy do szpitalnej kaplicy, by ją odmówić. Antonio chciał być tam z nami codziennie i też odmawiać różaniec. Na końcu modlitwy milkł, patrzył na nas i mówił: „Zapomnieliście powiedzieć bardzo ważną rzecz: «Jezu, ufam Tobie»”.

Na początku każdego ranka, kiedy pielęgniarki przychodziły pobrać krew, zaczynał płakać. Kiedy słyszał, jak inne dzieci płaczą, mówił mi przez łzy: „Mamo, idź je pociesz, zajmij się nimi, żeby już nie płakały”. Kiedy przychodziła jego kolej, wciąż przejmował się innymi dziećmi.

Pobrania krwi, tomografia komputerowa, wizyty lekarzy… To wszystko było dla niego torturą, dla nas też. Pewnego poranka Antonio wziął krzyż świętego Benedykta, ścisnął go mocno przed sobą i zaczął głośno krzyczeć: „Jezu, gdzie jesteś? Zawsze w Ciebie wierzyłem, ale jeśli teraz mi nie pomożesz, przestanę w Ciebie wierzyć”.

Scena rozegrała się na oczach pielęgniarek i rodziny. Nikt nie mógł go uspokoić. Ale powoli zdawał się akceptować sytuację i w końcu powiedział mi: „Mamo, bądź spokojna”.

Piętnaście dni po pierwszej hospitalizacji, ku zdumieniu zespołu lekarskiego przyszła wiadomość o dawcy wątroby do przeszczepu. Cierpiałam bardzo, nie umiałam się cieszyć, bo mój syn miał wyzdrowieć, ale inne dziecko, niespełna 11-letnie właśnie umarło na oczach bezradnych rodziców z powodu tętniaka mózgu. Dziecko, za które nawet nie mieliśmy czasu się pomodlić. W swoich modlitwach prosiłam o uzdrowienie mojego syna, ale w sercu czułam mocno ciężar śmierci tego dziecka, której czułam się przyczyną.

Przeszczep trwał 11 godzin. Operacja się udała. „Można by powiedzieć, że to jego wątroba – powiedział z niedowierzaniem chirurg. – To było prostsze niż się spodziewaliśmy”.

Piętnaście dni później wróciliśmy do domu pełni nadziei na nowe życie. Ale… niestety, to nie był koniec. Kilka dni później, po kontrolnym badaniu, odkryliśmy, że są przerzuty do płuc. Antonio został skierowany na oddział onkologii dziecięcej na cykl 20 chemioterapii.

Dni mijały, Antonio zaczął pytać: „Jak to możliwe, że ludzie nie wierzą w Jezusa, a ja czuję Jego bliską obecność?”. Pewnego dnia, o trzeciej po południu, po odmówieniu koronki do Miłosierdzia Bożego popatrzył na mnie uważnie. Zapytałam, co się stało. Odpowiedział: „Mamo, nie mów nic, módl się nadal, bo on odejdzie”.

Modliliśmy się nadal, potem powiedział: „Mamo, Matka Boża tu była. Widziałem ją w twoich oczach, przyszła mnie pobłogosławić”. Powiedział, że… z kielichem, tym samym kielichem, który rozpoznał później w dłoniach księdza, który dawał komunię jego ojcu podczas naszej wizyty w sanktuarium Matki Łez w Syrakuzach.

„A wiesz, co zrobiła Maryja? Mówiła do mnie, ale nie głosem, tylko mówiła w moim sercu, mówiła do mnie: teraz ufam wam”. Antonio nie wiedział, że w modlitwach mówiłam zawsze Maryi, by mi ufała, że ja też ufam jej.

Wierzyliśmy, że Antonio wyzdrowieje, ale nagle sytuacja wymknęła się spod kontroli i choroba zaczęła szybko postępować. Rzadko się skarżył, tak rzadko, że gdy pewnego dnia pielęgniarka zobaczyła, jak płacze, powiedziała nam: „Antonio zachowuje się wreszcie jak dziecko, dotąd był jak dorosły”.

Dodawał nam odwagi. Któregoś dnia powiedział mi: „Mamo, dlaczego się martwisz, bądź spokojna, Maryja powiedziała mi, że to się wkrótce skończy”. Zapytałam, czy rozmawia często z Matką Bożą, odpowiedział, że tak, że ona mówi do niego w jego sercu. I więcej nie chciał już o tym opowiadać.

Pod koniec listopada 2012 roku stan zdrowia Antonia pogorszył się i onkolog uprzedził nas, że naszemu synowi został miesiąc życia. Postanowiliśmy pojechać do Lourdes. Podróż nadziei. Niełatwa. Przyjechaliśmy do Marsylii, wieczorem syn stał się dziwny, jakby dusza zaczęła w nim dygotać. Bardzo cierpiał, ale mimo to miał jakieś „piękne uczucie”.

„Tato, tato – mówił – jakie piękne uczucie, jakbym był w niebie, czuję ciepło w brzuchu i to jest przyjemne, mam ochotę tańczyć, śpiewać, krzyczeć. Tato, czuję się dobrze i będę się modlił, żebyś też mógł poczuć to, co ja”.

Po tysiącu perypetii dotarliśmy do Lourdes, gdzie Antonio modlił się za innych, ale nie za siebie. Kiedy mu przypomnieliśmy, że przyjechał modlić się o uzdrowienie do Matki Bożej, odpowiedział, że zrobi to później.

Zaczęliśmy nieustającą modlitwę, ale niestety wróciliśmy do domu z pustymi rękami. Nadeszło Boże Narodzenie, Nowy Rok i sytuacja się pogarszała. Nie mogliśmy złagodzić jego strasznych cierpień. W przeddzień święta Trzech Króli zostaliśmy na noc u mojej szwagierki.

To była straszna noc, nie zmrużyłam oka, ale nad ranem syn powiedział do mnie: „Mamo, jakie piękne uczucie! Jezus i Maria są u nas. Jezus jest ubrany w brązową szatę, ma linę przypiętą do ubrania, są też anioły, mamo, one sprzątają nasz dom, czyszczą wszystko. Ktoś dzwoni do drzwi, to Andre (kuzyn), chce wejść”.

W tym czasie Antonio nie brał żadnego leku, który mógłby spowodować halucynacje albo podobne objawy. Nie przechodził chemioterapii.

Dwa dni przed tym, jak dołączył do Jezusa i Najświętszej Panienki w niebie, ktoś przyniósł nam naturalnych rozmiarów figurę Matki Bożej z Medjugorie, która pielgrzymowała po kościołach w Palermo i na prowincji. Kobieta, która ofiarowała figurę Maryi powiedziała mi, że nie trafiła ona nigdy dotąd do prywatnego mieszkania. To nie było przewidziane.

Kiedy tamtego dnia, gdy wszyscy już sobie poszli, podeszłam do syna i zapytałam: „Antonio, po co przyszła do nas Matka Boża?”. Otworzył oczy i patrząc na mnie, powiedział: „Mamo, przyszła po mnie”.

Dwa dni później, w sobotę 23 lutego 2013 roku o 13.55 Antonio poszedł do nieba z Matką Bożą. Panie… Nie pytamy Cię, dlaczego go zabrałeś, ale dziękujemy Ci, że nam go dałeś.

Podziel się ...

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*