Homilia na XXVI niedzielę zwykłą – 01 października 2017

Homilia – ks. Zbigniew Czertwan – Katolicki Kościół Narodowy  – Sandomierz

  Drodzy Bracia i Siostry,

Zanim przeanalizujemy treść czytań przygotowanych na dzisiejszą niedzielę warto najpierw cofnąć się myślami do wydarzeń, które bez wątpienia każdy z nas doskonale zna, bowiem przez swoją dramatyczną wymowę zapadają one głęboko w pamięć. Mam tutaj na myśli wydarzenia związane miejscowo      z Sodomą i Gomorą. Otóż,  czytamy w Starym testamencie, w 18 rozdziale Księgi Rodzaju, w wersetach od 23 do 32, że Abraham dowiedziawszy się, że te dwa jawnogrzeszne miasta Sodoma i Gomora zostaną za swoje przewinienia przez Boga doszczętnie wyniszczone, tak, że nie pozostanie w nich nawet kamień na kamieniu, podejmuje on swego rodzaju próbę negocjacji z Bogiem. Abraham pyta Boga, czy w przypadku, gdyby okazało się,  że w którymś z tych zepsutych do szpiku kości miast jest jednak jakaś grupa ludzi sprawiedliwych, Bóg zechciałby wobec tego faktu zatrzymać swoje karzące ramię? Czy byłoby to możliwe, aby ze względu na tych kilku sprawiedliwych obydwa te miasta zyskały u Boga usprawiedliwienie i wybaczenie ich srogich win? Znamienne i chyba najbardziej przemawiające do nas są tutaj słowa, a właściwie rozpaczliwe wołanie Abrahama: „O, nie dopuść do tego, aby zginęli sprawiedliwi z bezbożnymi, aby stało się sprawiedliwemu to samo, co bezbożnemu! O, nie dopuść do tego! Czyż Ten, który jest sędzią nad całą ziemią, mógłby postąpić niesprawiedliwie?…”  (Rdz 18,23-32).

Z podobnym problemem spotykamy się również dzisiaj w pierwszym czytaniu wyjętym z Księgi proroka Ezechiela, rozdział 18, wersety od 25 do 28. Ponownie mamy do czynienia z poważnym dylematem, otóż – czy ludzie sprawiedliwi powinni współcierpieć wraz z ludźmi niesprawiedliwymi i to cierpieć jeszcze wyłącznie z powodu winy zaciągniętej przez niesprawiedliwych.

W narodzie izraelskim było u jego początków bardzo silne poczucie odpowiedzialności zbiorowej. To poczucie było rozwinięte, zdawałoby się, aż  do granic absurdu. W narodzie tym nikt nawet nie stawiał sobie pytań w rodzaju czy jacyś ewentualni sprawiedliwi ludzie mogliby zostać oszczędzeni i uwolnieni od winy, do której nie przyłożyli oni swojej ręki, zwolnieni od zbiorowej odpowiedzialności. Dla nas ludzi XXI wieku stawianie takich pytań jest czymś naturalnym i normalnym. Można rzec, że i cała nasza współczesna cywilizacja opiera się w jakimś stopniu na rozwiązywaniu takich dylematów zawsze na korzyść jednostek. Mamy w dzisiejszej rzeczywistości nad wyraz mocno, a często może zbyt mocno, rozwinięty indywidualizm. Zupełnie odwrotne zapatrywania na ten problem miał u swego zarania, ale i później Lud Boży, naród izraelski.

Chociaż bowiem w Księdze Jeremiasza, w 1 wersecie 5 rozdziału Bóg mówi o Jerozolimie, jednak w jakimś sensie i udziela odpowiedzi owemu Abrahamowi z Księgi Rodzaju: „Przebiegnijcie ulice Jerozolimy, zobaczcie, zbadajcie i przeszukajcie jej place, czy znajdziecie kogoś, czy będzie tam ktokolwiek, kto by postępował sprawiedliwie, szukał prawdy, a przebaczę jej…”  Z ksiąg Starego Testamentu płynie Boże przesłanie, że On – kochający swoje dzieci Ojciec, przebaczyłby nawet wielkie przewinienia, gdyby znalazł się chociażby nawet tylko jeden człowiek sprawiedliwy. W rozważanym już wcześniej fragmencie Księgi Ezechiela Bóg w końcu wypowiada z żalem następujące słowa: „I szukałem wśród nich męża, który by wystawił mur i stanął w wyłomie przede Mną, by bronił tej ziemi i przeszkodził Mi w jej niszczeniu, a nie znalazłem takiego ( Ez 22, 30). Znamienna i zarazem, a może przede wszystkim, zbawienna jest w dziejach rodzaju ludzkiego rola ludzi sprawiedliwych. Aby jednak mogli oni „przeszkadzać” Bogu w realizacji sprawiedliwego wyroku, aby mogli oni powstrzymać karzące Boskie ramię musi wszakże zostać wypełniony jeden jedyny, ale wręcz niezbędny warunek, a mianowicie muszą tacy sprawiedliwi mężowie istnieć…

Bóg jawi nam się jako Sędzia Sprawiedliwy kiedy w 31 rozdziale, w wersetach 29 i 30, przez proroka Jeremiasza oświadcza: „W tych dniach nie będą już więcej mówić: Ojcowie jedli cierpkie jagody, a synom zdrętwiały zęby, lecz: Każdy umrze za swoje własne grzechy; każdemu, kto będzie spożywał cierpkie jagody, zdrętwieją zęby”.  Jako przykład wierności Bożych obietnic nasuwa nam się znowu omawiany już obraz z Księgi Rodzaju, gdzie Bóg wybawia z Sodomy sprawiedliwego męża Lota wraz z całą jego rodziną (Rdz 19,15-16). Bóg jednak stawia swojemu ludowi w Księdze Powtórzonego Prawa, w wersetach 9 i 10, rozdziału 7 żądanie warunkujące wypełnianie przez niego obietnicy miłosierdzia dla ludzi sprawiedliwych. Oświadcza Bóg co następuje: „Uznaj więc, że Pan, Bóg twój, jest Bogiem, Bogiem wiernym, zachowującym przymierze i miłość do tysiącznego pokolenia względem tych, którzy Go miłują i strzegą Jego praw, lecz który odpłaca każdemu z nienawidzących Go, niszcząc go. Nie pozostawia bezkarnie tego, kto Go nienawidzi, odpłacając jemu samemu”. Bóg jednak nie pozostawia cienia wątpliwości co do indywidualnego traktowania przez niego każdego człowieka, kiedy w tej samej Księdze Powtórzonego Prawa mówi: „Ojcowie nie poniosą śmierci za winy synów ani synowie za winy swych ojców. Każdy umrze za swój własny grzech” (Pwt 24,16). Dopełnieniem tej wypowiedzi, jakby dalszym jej ciągiem są wypowiedziane w Księdze Ezechiela, w wersetach od 12 do 14, 14 rozdziału, słowa: „Synu człowieczy, gdyby jakiś kraj zgrzeszył przeciwko Mnie niewiernością i gdybym wówczas wyciągnął rękę przeciwko niemu, i złamał mu podporę chleba, zesłał głód, wyniszczył ludzi i zwierzęta  i gdyby tam byli owi trzej mężowie: Noe, Daniel i Hiob, to tylko oni, dzięki, sprawiedliwości swej, ocaliliby życie swoje – wyrocznia Pana Boga…”.

Kwintesencją tych Bożych słów zaczerpniętych z różnych miejsc Starego Testamentu,  jakby końcową wypowiedzią, wieńczącą to stopniowe wyjaśnianie Bożej ingerencji w dzieje ludzkości jest fragment 53 rozdziału Księgi Izajasza, gdzie w wersetach od 1 do 6 jest powiedziane: „Któż uwierzy temu, cośmy usłyszeli? Na kimże się ramię Pańskie objawiło? On wyrósł przed nami jak młode drzewo i jakby korzeń z wyschniętej ziemi. Nie miał On wdzięku ani też blasku, aby na Niego popatrzeć, ani wyglądu, by się nam podobał. Wzgardzony i odepchnięty przez ludzi, Mąż boleści, oswojony z cierpieniem, jak ktoś, przed kim się twarze zakrywa, wzgardzony tak, iż mieliśmy Go za nic. Lecz On się obarczył naszym cierpieniem, On dźwigał nasze boleści, a myśmy Go za skazańca uznali, chłostanego przez Boga i zdeptanego. Lecz On był przebity za nasze grzechy, zdruzgotany za nasze winy. Spadła Nań chłosta zbawienna dla nas, a w Jego ranach jest nasze zdrowie. Wszyscyśmy pobłądzili jak owce, każdy z nas się obrócił ku własnej drodze, a Pan zwalił na Niego winy nas wszystkich (Iz 53,1-6). Mowa tutaj o przyszłym Mesjaszu zesłanym od Boga narodowi izraelskiemu, ale także i nam, ludziom wszystkich epok. To dopiero w Chrystusie dała się poznać do końca prawda o Bożej prawości i prawdomówności. W 5 rozdziale Listu Apostoła Pawła do Rzymian, w wersetach od 17 do 19, apostoł potwierdza: „Jeżeli bowiem przez przestępstwo jednego śmierć zakrólowała z powodu jego jednego, o ileż bardziej ci, którzy otrzymują obfitość łaski i daru sprawiedliwości, królować będą w życiu z powodu Jednego – Jezusa Chrystusa. A zatem, jak przestępstwo jednego sprowadziło na wszystkich ludzi wyrok potępiający, tak czyn sprawiedliwy Jednego sprowadza na wszystkich ludzi usprawiedliwienie dające życie. Albowiem jak przez nieposłuszeństwo jednego człowieka wszyscy stali się grzesznikami, tak przez posłuszeństwo Jednego wszyscy staną się sprawiedliwymi…”

Jednakże – nic na siłę. Bóg dał nam jednak wolną wolę. To od nas samych zależy to czy zechcemy ten dar w postaci Odkupiciela przyjąć. W dzisiejszym czytaniu zaczerpniętym z Księgi Ezechiela, w wersetach od 25 do 28, 18 rozdziału czytamy: „Jeśli sprawiedliwy odstąpił od sprawiedliwości, dopuszczał się grzechu i umarł, to umarł z powodu grzechów, które popełnił. A jeśli bezbożny odstąpił od bezbożności, której się oddawał, i postępuje według prawa i sprawiedliwości, to zachowa duszę swoją przy życiu. Zastanowił się i odstąpił od wszystkich swoich grzechów, które popełniał, i dlatego na pewno żyć będzie, a nie umrze…”

A zatem, parafrazując Boże słowa z Księgi Ezechiela  – czy sposób postępowania naszego Ojca jest niesłuszny, czy może raczej nasze własne postępowanie jest częstokroć przewrotne…?

Nie trzeba używać tutaj wielkich słów. Wystarczy przypomnieć sobie, bodaj jedną z pierwszych zasad naszej katolickiej wiary, której uczyły zapewne każdego z nas w dzieciństwie nasze matki: „Bóg jest Sędzią Sprawiedliwym, który za dobre wynagradza, a za złe karze…” Proste, ale jakże i ważne dla każdego z nas słowa. Ważne, bo od tego czy je właściwie zrozumiemy zależy również i to czy w naszym życiu wybierzemy Jezusa jako naszego przewodnika, a zarazem i Odkupiciela…

 

Bracia i Siostry,

Na dzisiejsza niedzielę zwykłą jako drugie czytanie został również przygotowany tekst z Nowego Testamentu, a mianowicie fragment Listu Apostoła Pawła do Filipian. Wprawdzie niektórzy egzegeci twierdzą, że apostoł Paweł nie może być jego autorem, to autorstwo dostrzegając gdzieś jeszcze przed jego działalnością misyjną, jednocześnie zaliczając go do tekstów przedpawłowych,  ale nie to jest jednak najważniejsze. Najważniejszy jest bowiem duch pawłowy, który wyziera z każdej strofy tego swoistego hymnu na cześć Jezusa Chrystusa. W samej rzeczy bowiem wersety od 6 do 11 z 2 rozdziału Listu do Filipian same w sobie stanowią  jakby kompendium wiadomości o Chrystusie i Jego drodze. Jezus jest ukazany jako ten, który mając prawo do pełni dostojeństwa  Ojca wybrał drogę uniżenia i poniżenia. Słowa hymnu mają być takim swoistym drogowskazem dla chrześcijan wszystkich epok jak należy postępować. Ukazanie pokory jako najwłaściwszej drogi życia jest właściwie samym sednem tego tekstu. Życie Jezusa zostało nam przedstawione niejako w trzech etapach: egzystencja Odkupiciela w „postaci Bożej”, kiedy był na równi z Ojcem, następnie w postaci pokornego sługi, kiedy dobrowolnie rezygnuje z boskiej chwały, aby w końcu ukazać Jezusa jako Pantokratora, co następuje niejako jako właśnie konsekwencja wcześniejszego uniżenia się Jezusa. Jezus zostaje wywyższony ponad wszystko, czego wyrazem jest oddawanie Mu czci przez wszelkie stworzenie, a to z kolei jest przynależne jedynie Bogu. Kwintesencją, takim jakby kulminacyjnym punktem Jezusowego  uniżenia jest złożenie przez niego dobrowolnej ofiary ze swojego życia. Jezus okazuje całkowite posłuszeństwo woli swojego niebieskiego Ojca, a za to „Bóg Go nad wszystko wywyższył i darował Mu imię ponad wszelkie imię, aby na imię Jezusa zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich, i podziemnych. I aby wszelki język wyznał, że Jezus Chrystus jest PANEM – ku chwale Boga Ojca.”

Tutaj, w ostatnich słowach tkwi wykładnia prawdy, bowiem tylko człowiek naprawdę pokorny może osiągnąć Boże Zbawienie. Działania Jezusa-człowieka  nie miały na celu pokazanie jego własnej chwały, ale poprzez te działania światu została objawiona prawdziwa natura Boga. Bóg został poprzez uniżenie Chrystusa pokazany w pełni swojej ojcowskiej miłości do całego rodzaju ludzkiego. Poprzez Chrystusa świat mógł poznać, a właściwie – mógł  naocznie doświadczyć misji zbawczej, jaką miłosierny Ojciec już u zarania ludzkich dziejów postanowił podjąć w celu ocalenia od śmierci  swoich grzesznych dzieci.

Jeśli wszelkie nasze działania mają na celu tylko i wyłącznie nasze hipotetyczne wywyższenie to nie tylko prawdopodobnie nigdy założonego celu nie osiągniemy, ale ten cel sam w sobie, już w swoim założeniu będzie zły. Pełnię szczęścia może nam przynieść tylko taki obrany życiowy cel, który będzie miły Bogu. A cel miły Bogu ma mieć za zadanie przede wszystkim wywyższenie naszego niebieskiego Ojca. W takim właśnie działaniu przejawia się nasza ludzka pokora wobec Stwórcy, który dla naszego dobra uniżył swojego Syna aż po śmierć krzyżową.

 

Drogie Siostry i Drodzy Bracia,

Na koniec przejdźmy w naszych rozważaniach do Ewangelii Mateusza, do słów zawartych w rozdziale 21, w wersetach od 28 do 32. Przypomnijmy sobie te słowa:

“Co myślicie? Pewien człowiek miał dwóch synów. Zwrócił się do pierwszego i rzekł: Dziecko, idź dzisiaj i pracuj w winnicy! Ten odpowiedział: Idę, panie!, lecz nie poszedł. Zwrócił się do drugiego i to samo powiedział. Ten odparł: Nie chcę. Później jednak opamiętał się i poszedł. Któryż z tych dwóch spełnił wolę ojca? Mówią Mu: Ten drugi. Wtedy Jezus rzekł do nich: Zaprawdę, powiadam wam: Celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego. Przyszedł bowiem do was Jan drogą sprawiedliwości, a wyście mu nie uwierzyli. Celnicy zaś i nierządnice uwierzyli mu. Wy patrzyliście na to, ale nawet później nie opamiętaliście się, żeby mu uwierzyć”.

Streszczając powyższą Jezusową przypowieść moglibyśmy określić ją jednym zdaniem jako wykładnię problemu posłuszeństwa człowieka wobec Boga. Jednak sprawa jest bardziej złożona, ma tzw. drugie dno. Jezus uzmysławia nam, że Bóg dał nam wolną wolę nie od parady, że zawsze tym kimś ostatecznie dokonującym wyboru jesteśmy wyłącznie my sami. Jezus mówi nam, że nie ma słuszności w poglądach tych ludzi, którzy twierdzą, że religia pozbawia nas naszego „ja”. Wprost przeciwnie, to właśnie sam Bóg już u naszych początków założył, że każdy z nas będzie miał wolną wolę. Człowiek może wybierać dobro, ale również i zło. Bóg dał mu to niezbywalne prawo, prawo wolnego wyboru. Nie jesteśmy tylko bezwolnym narzędziem w czyimś ręku. Nic nie jest już z góry przesądzone. Możemy wybrać dobro, ale możemy również dokonać wyboru niezgodnego z Bożą wolą. I tak – nasza  pierwsza odpowiedź “tak” może niestety, po naszym rozważeniu wszelkich „za” i „przeciw”, po jakimś czasie zamienić się w świadome “nie”. A z kolei bywa i tak, że czasem nasze pochopnie rzucone Bogu „nie”, kiedy już ochłoniemy i spojrzymy w głąb naszego serca i sumienia, zamieniamy w posłuszne „tak”.

Niekiedy, tak jak pierwszy syn z Jezusowej przypowieści mówimy Bogu “tak”, ale czynimy potem tak jakbyśmy powiedzieli “nie”. Nie stawia nas to jednak od razu w szeregu kłamców. Mogło się bowiem zdarzyć, że mówiąc początkowo „tak” byliśmy na tamten czas szczerzy. Dokładnie tak myśleliśmy i zamierzaliśmy pójść taką właśnie drogą. A jednak ta nasza pierwotna decyzja była trochę może nieprzemyślana, trochę lekkomyślna czy też powierzchowna. W życiu tak to niestety już bywa, że wszystko, każda decyzja, każde nasze „tak” wymaga jego dalszego ciągu. Jeśli ten „ciąg dalszy” z naszej strony nie nastąpi jesteśmy na najprostszej drodze, aby nasze pierwotne „tak” zamieniło się w ostateczne „nie”. Życie nie jest proste. Jeżeli nie będziemy mocno stąpać po ziemi (chociaż jednocześnie z lekka krocząc jednak, tak dla równowagi, z głową w chmurach…) zamierzonego celu nie zdołamy osiągnąć. Z tym pierwotnym „tak” jest podobnie jak z naszym ludzkim uczuciem miłości do ukochanej osoby. Przetrwa ono próbę czasu tylko wówczas, kiedy pierwszą iskrę w naszym sercu nie tylko przyjmiemy, ale potem wciąż na nowo będziemy ją podsycać, aż zapłonie w nas pełnią swojego blasku. Takimi bowiem już jesteśmy ze swojej natury my – ludzie. Potrzebujemy ciągle na nowo wypowiadać swoją miłość i tę miłość otrzymywać. Tak samo rzecz ma się i z naszym „tak” wypowiedzianym względem Boga. Pierwotne nasze „tak” pociąga zawsze szereg kolejnych konsekwencji,  którym musimy w jakiś sposób podołać,  jeśli to nasze „tak” było szczere i jeżeli chcemy pozostać wierni tej raz powziętej decyzji. Innymi słowy – każde nasze pierwsze „tak” musimy potem wielokrotnie potwierdzać znojną praktyką naszego życia.

A co jeżeli najpierw powiedzieliśmy Bogu „nie”? Musimy zrozumieć, że jeszcze nic straconego. Tak również często spełniamy wolę Boga. Naturalnie nie chodzi o samo pierwsze „nie”, ale raczej o moment opamiętania i ostatecznego wyboru „tak”. Nasza pierwotna odmowa była złem, ale tak naprawdę najważniejsza jest nasza późniejsza postawa.  Drugi z synów w przypowieści, po czasie pierwotnego buntu opamiętał się i wypełnił wolę swojego ojca. Nasze ludzkie „nie” czasem pielęgnujemy w sobie bardzo długo, nieraz przez całe lata. Zmagamy się ze sobą, przeżywamy kolejne wewnętrzne rewolucje i powstania, a tymczasem ciągle jesteśmy w tym wszystkim gdzieś pośrodku, zdając sobie podświadomie, instynktownie sprawę, że tylko czasem nasza jakaś niezrozumiała duma nie pozwala nam zamienić raz nieopatrznie wypowiedzianego „nie” na „tak”.

A nauka płynąca z tej przypowieści? Najprościej byłoby streścić ją w stwierdzeniu, że zazwyczaj obliczone na efekt, równie manifestacyjnie wypowiedziane przez nas „tak” kończy się przeważnie wyłącznie na pustych słowach bez pokrycia w naszych czynach.

W samej rzeczy Bóg obdarzył nas wielkim darem. Ten dar to nasza wolna wola. Zawsze możemy zawrócić ze złej drogi i pójść za Chrystusem. Mówi się, że człowiek dopóki żyje może się jeszcze poprawić. Proste, ale jakże mądre słowa. A mądre, bo mogłyby być takim swoistym przesłaniem płynącym z dzisiejszej ewangelii. Nauka naszego Kościoła mówi, że nasz ludzki ostatni wybór nadaje znaczenie naszym wszystkim wcześniejszym wyborom.

Dopóki człowiek żyje może się poprawić. Parafrazując te słowa można by rzec – dopóki człowiek żyje może pozwolić, aby Chrystus poprowadził go swoją drogą, aby Chrystus go zbawił. Amen.

 

Facebooktwitteryoutubeinstagram
Facebooktwitter

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.